poniedziałek, 20 stycznia 2014



Dzień wylotu zbliżał się. Z moją kobietą żegnaliśmy się czule każdego dnia. Chciałem nabrać na zapas jej ciepła. Wiedziałem że będzie mi bardzo jej brakowało, jej ciała, seksu z nią. Uwielbiałem z nią przebywać, więc raczej nie liczyłem na romanse i przelotne związki, oparte na szybkich numerkach.  Za takimi nigdy nie przepadałem. Pewnie, zdarzały się, ale zawsze wolałem długi seks, czuły i ostry na przemian.  Kochałem gdy kobieta inicjowała zbliżenia, gdy nie wiedziałem co dziś wymyśliła, na co ma chęć i jaka fantazja erotyczna ją opętała, a ta z którą byłem robiła to wszystko. Po co więc szukać, skoro miałem wszystko pod nosem. Kochaliśmy się. Pieprzyliśmy się, czasem na zmianę było ostre rżnięcie i czuły seks i tak codziennie. Potem się przytulaliśmy i całowaliśmy. Nasze ciała były zaspokojone, mimo że jeszcze byliśmy obok siebie, to już za sobą tęskniliśmy.  Pożegnania nadszedł czas, były łzy, było wzruszenie, obietnice i zapewnienia z obu stron. Obiecała że poczeka na mnie. Jak się potem okazało, czekała, od wszystkich moich znajomych dowiedziałem się że naprawdę czekała, że była „grzeczna”.







Kupując bilet dostałem zaproszenie do Bussiness Clubu na lotnisku. Nie było to nic innego jak opłacony wstęp do prywatnego baru z dostępem do nieograniczonych ilości trunków. Zabrawszy z barku butelkę dobrej szkockiej, rozsiadłem się na skórzanej kanapie. Wypiłem kilka małych drinków i kawę. Przydało się. Od dawna nie latałem samolotem, więc czułem lekki niepokój. Jakby nie było nie codziennie człowiek spędza 10 godzin w metalowej rurze na wysokości kilku tysięcy stóp, pędząc tysiąc kilometrów na godzinę. Procenty nieco mnie uspokoiły. Na pokładzie samolotu, lekko się zrelaksowałem, tylko te kilka godzin spędzonych nad oceanem, dzieliły mnie od widoku wielkiej metropoli. Po skompletowaniu pasażerów i zamknięciu drzwi samolotu, poczułem że rozpoczyna się procedura startu. Start jak zawsze jest fascynujący. Kołowanie do pasa startowego, kiedy czuć ogromną masę niesioną na kołach odrzutowca, wszędobylski hałas i nagle stop. Jesteśmy na pasie startowym, czekamy na pozwolenie na start. Chwilowy niepokój wrócił.  Huk silników, wbijające w fotel przyspieszenie i nagłe poczucie lekkości. Oderwaliśmy się od ziemi, można odpiąć pasy, lecimy ku nowej przygodzie. Sam lot tak naprawdę nie jest ani przyjemny, ani nieprzyjemny, po prostu rodzaj sposobu przemieszczania się. Wiele osób panicznie boi się latać, a to wg statystyk przecież najbezpieczniejszy środek transportu. Więcej ludzi ginie na drogach niż w powietrzu.

Lecąc odliczałem godziny do lądowanie. Nie mogłem się doczekać,widoku ziemi obiecanej. Z lotniska mieli mnie odebrać bardzo dobrzy znajomi, taka prawie rodzina. I to z nimi miałem pojechać do mojej rodziny z którą planowałem spędzić ten cały czas.Wiedziałem że nawet jeśli nie znajdę szybko pracy to i tak nie będzie tak źle, będę miał przecież gdzie mieszkać, a i „głodny” pewnie też nie będę,taka perspektywa bardzo mnie uspokajała. Wylądowaliśmy. Już na pierwszy rzut oka, wszystko było zupełnie inne niż w Europie, wszystko było większe, ludzie obsługujący nasz samolot jacyś inni, weselsi, uśmiechnięci. Wylatując z kraju w październiku byłem ubrany w ciepłą zimową kurtkę, a za oknami samolotu widok pełni lata i krótkich rękawków. Nie cierpię zimy, więc już mi się podobało. Odprawa celna i paszportowa przebiegły bez problemów.
- Hallo, sir. How R U?


Na lotnisku czekały na mnie znajome twarze, miło było ich zobaczyć, tym bardziej że ostatni kontakt mieliśmy dość dawno. Zapakowaliśmy się do samochodu. Podróż z lotniska JFK do samego NYC trwała prawie tyle ile dojazd w Polsce z miasta do miasta. Mimo że jechałem z ludźmi którzy od wielu lat mieszkali w stanach, to i tak się zgubiliśmy. Ale to duże miasto, o fuck, jak ja się tu odnajdę. Dotarliśmy do Brooklyn’u, tam właśnie miałem mieszkać. Miałem się stać „boy from Brooklyn”. Weszliśmy do mieszkania, przywitaliśmy się. Co teraz, jak to będzie. W głowie miałem tyle pytań do życia i do samego siebie. 

niedziela, 19 stycznia 2014

American dream come true






Pracowałem, imprezowałem i uprawiałem seks. Było gorąco. Życie chciało że zmieniłem kobietę. Trafiłem na boginię seksu.To za jej sprawą było gorąco. Każdego dnia, dwa razy, a nawet trzy razy dziennie rzucaliśmy się na siebie i uprawialiśmy dziki seks w każdej możliwej pozycji i w każdy możliwy sposób. Nie było tabu, nie było rzeczy których byśmy nie próbowali. Najfajniejszy w niej był ciągły głód seksu, orgazmu i erotycznych doznań. Było fantastycznie. Pociągała mnie niesamowicie, dostarczała mi niezapomnianych doznań i nieskończonej ilości uniesień. Czasem moje chęci opadały, a wtedy ona wkraczała do akcji, podniecała mnie swoim boskim ciałem, gorącymi, głębokimi ustami i figlarnymi pomysłami, będącymi czasem na pograniczu wyuzdania.  Nie była moją pierwszą partnerką, ale w tamtej chwili była najlepszą, niepokonaną, nieprawdopodobną kochanką. Uwielbiałem ją, kochałem ją, pragnąłem jej każdego dnia jeszcze bardziej. Nie oddałbym tamtych mokrych chwil, nie chciałem się z nikim dzielić, była tylko moja. Była piękna, napalona, a jednocześnie pozornie bardzo niewinna i kochała mnie.
Tak się złożyło że straciłem pracę za barem, sytuacja była dwuznaczna. Nie będę wnikał w szczegóły, ale powodem zwolnienia mnie nie były moje błędy czy nawet jeden mój błąd. Splot sytuacji i bach, nie mam pracy. Hm, co teraz, żyć trzeba, tankować auto też trzeba. Przez chwilę biedne dni zagościły do kalendarza. Czułem to, ameryka mnie wzywała. Czułem że tam mogę zrobić coś ze swoim życiem, a jeśli nie to chociaż zarobić worek dolarów i myśleć co potem można z nimi zrobić. W naszym kraju w ówczesnym czasie zarabiało się o ile mnie pamięć nie myli, około 200, no może 300 dolarów miesięcznie. Nie bardzo wiedziałem ile mogę wyciągnąć w stanach, ale na pewno więcej, a do tego szansa na coś... coś czego oczekiwałem.

W stanach mam rodzinę, więc z wizą nie było problemu. Raz, co prawda w dzieciństwie byłem i wróciłem, więc wizyta w ambasadzie byłą jedynie formalnością. Wizę dostałem bez problemu, po kilku dniach wiedziałem już kiedy lecę i miałem bilet w ręku. Planowałem polecieć na około pół roku. Niby krótko, niby długo.  Cieszyłem się na ten wyjazd, byłem podekscytowany jak  dziecko. Wielki świat, wielkie miasto, wielkie możliwości stały przede mną otworem. Myślałem tylko jak powiedzieć o wyjeździe mojej bogini seksu i jak wytrzymam bez jej codziennych czułości. Postanowiłem że najlepiej będzie prosto z mostu.Tak zrobiłem. Powiedziałem że muszę wyjechać, że będę tęsknił, że ją kocham i że będę jej przez cały czas. Z jej wspaniałych i zawsze rozkosznych ust usłyszałem że będzie czekała, że cała będzie należała do mnie, każdego dnia i każdej chwili. Im było bliżej do wyjazdu, tym mniej mi się chciało lecieć, coś mnie tam ciągneło, ale jednocześnie nie wiedziałem czego się spodziewać. Wiedziałem że w ciągu tych kilku miesięcy mogę dostać od życia więcej szans niż przez resztę życia w ojczystym kraju. Wiedziałem że czegoś się nauczę, że podszlifuję język i może podpatrzę coś, przywiozę jakiś pomysł na biznes. W planach miałem znaleźć pracę i pójść do szkoły. Taka mała sprzeczność. Nie miałem chęci uczyć się w ojczyźnie, a zamierzałem pokonać tysiące mil żeby kontynuować edukację. Pomyślałem że jeśli udałoby mi się skończyć studia w Nowym Jorku, a to wiązałoby sięz kilkoma wyjazdami i przyjazdami, to z takim papierem w Polsce można by wieeeeele zdziałać. Co innego mieć dyplom polskiej uczelni, nawet renomowanej, a co innego mieć opanowany do perfekcji angielski, mieć papier z uniwersytetu w New York’u i do tego odpowiedni zasób wiedzy. Umiejętności i amerykański sposób myślenia, tak bardzo inny niż nasz polski. Naszym narodowym sportem powinno być narzekanie, wszystko źle, nic się nie uda. Co słychać: Stara bieda, a nowa nie chce przyjść. Bla, bla, bla, źle, wszystko źle. To mi się bardzo nie podobało i nie podoba do dziś. Trochę poznałem już mentalność amerykanów, ich pozytywny sposób myślenia. Chciałem trochę tego uszczknąć dla siebie, poza wiedzą merytoryczną, wywieźć też ten amerykański sposób myślenia. Myślenie kategoriami sukcesu. Chciałem żeby to mnie






zbliżyło do mojego, mojego  osobistego sukcesu. Ameryka czekała na mnie, a ja czekałem na nią. Amerykański sen zbliżał się, bardzo dużymi krokami. Dolary czekały na mnie. Podobno rosną na drzewach, tylko trzeba je zerwać, bo schylać się żeby zebrać z ziemi to nikomu się nie chce. Czy tak jest?

piątek, 17 stycznia 2014

Życie płynęło, dni leciały, kasa też jakaś tam wpadała, ale co z tego. Stałem w miejscu. Nie rozwijałem się, czułem że to upływające w sielance życie przelatuje mi przez palce. Co robić, co dalej? Brakowało mi pomysłu. Niby nie było źle, ale gdybym chciał myśleć o przyszłości to leżałem na całego. Żadnej szansy na dostatni żywot. Przecież gdybym chciał kupić mieszkanie, dom,  ustatkować się, założyć rodzinę, to żadnej perspektywy. Nie młodniałem, z każdym dniem wiosen przybywało i mimo że duchowo czułem się jak nastolatek, to zdawałem sobie prawę, że pewnego dnia wpadnę w wir prawdziwego życia. Wiedziałem że „nie ma darmowych obiadków”, na wszystko trzeba zapracować.
Wracały myśli o studiach, ale jakoś szybko rozpływały się. Marzyłem o karierze, nie wiedziałem jakiej i jak. To czego zawsze pragnąłem to kasa, duża kasa. Życie przeciętniaka w naszym kraju wcale mnie nie urządzało, tym bardziej że już jako 13 latek spędziłem długie, prawdziwe wakacje w prawdziwym świecie. Łaskawy los dał mi szansę na lato w stanach. Nowy Jork, to było coś. Będąc dzieckiem, mieszkając  w kraju gdzie w połowie lat 80tych półki sklepowe świeciły pustkami, nagle znalazłem się w zupełnie innym świecie. To było jak w bajce. W kieszeni dolary, sklepy pełne pokus, zabawki jakich nie widziałem nigdy wcześniej, egzotyczne owoce, słodycze i fastfood’y , w Polsce jeszcze ich nie było. To co wtedy zobaczyłem, to czego doświadczyłem w pewnym sensie „skaleczyło” mnie na resztę życia. Nie dostrzegałem w tym szansy dla siebie, szansy na dorastanie w tamtych warunkach, na szkołę w Nowym Jorku, studia i karierę za oceanem. Prawdziwy „american dream” był dla mnie na wyciągnięcie ręki, ale ja jako jedyne słuszne wyjście widziałem tylko powrót do kraju. Myślałem o gadzetach, zabawkach, rowerze, deskorolce które przywiozę. Czekałem na tę chwilę, gdy zobaczę zazdrość w oczach kolegów. I tak rzeczywiście było. Nikt na całym podwórku nie miał takiego roweru jak mój; zielony prawdziwy BMX z białymi kołami, wtedy w środowisku dzieciaków,  wożenie się na takim sprzęcie, było jakbym w dorosłym życiu pomykał Porsche albo Ferrari. Do tego walkman i słuchawki na uszach, to był już prawdziwy szpan. Wtedy rajcowało mnie to tak bardzo że czułem się jak król świata, pragnąłem żeby takie chwile trwały wiecznie i myślałem że tak będzie. Gdybym mógł jeszcze raz cofnąć czas, zostałbym w stanach. Miałem taką możliwość. I to tam skończyłbym szkołe i studia. Studia o których do dziś mówię że żałuję ze ich nie skończyłem ,a nawet niezacząłem. Ale z drugiej strony gdyby moje losy potoczyły by się inaczej nie przeżyłbym tego wszystkiego co przeżyłem, nie miałbym takiego doświadczenia, a to jest na wagę złota. Nie byłoby przy mnie tych osób które są, a bez nich nie wyobrażam sobie życia.
Już od najmłodszych lat trzeba ułożyć sobie plan działania. Zwróć uwagę że największe sukcesy odnoszą ludzie którzy wiedzą czego chcą. Malec mówi chcę być pilotem, o ile nie ma np zdrowotnych przeszkód do tego i będzie dążył do upragnionego celu, to na 90% dopnie swego. Będzie pilotem. Pewnie na początku małej awionetki, a potem pewnie dużego rejsowego odrzutowca, albo myśliwca. To już jest coś.

Ze mną zawsze było inaczej, działałem po omacku, strzelałem na oślep. W swoim życiu miałem różne etapy. Byłem klasycznym etatowcem z podrzędną pracą fizyczną, byłem manager’em niskiego, ale też wysokiego szczebla, byłem szefem. Czasem tylko swoim, a czasem szefem całkiem sporego zespołu. Robiłem w życiu różne rzeczy, z każdego zajęcia ZAWSZE starałem się wynieść naukę. To czego się nauczyłem przydaje mi się każdego dnia. W głowie siedzi jedno: być szefem wszystkich szefów, mieć tyle kasy żeby nie wiedzieć ile mam.  Aristotelis Onasis podobno będąc bliskim śmierci zlecił wszystkim swoim księgowym, oszacowanie całego majątku. Po  miesiącach pracy nie byli w stanie tego zrobić. Ale to fajne. Takich ludzi w historii świata można policzyć na palcach jednej, no może dwóch rąk. Cały czas działam, działam mocno. Nie może być inaczej, osiągnę swój cel.

 



Podobno diabeł siedzi w dolarach, podobno mają w sobie coś takiego że,  czując je chcemy ich najbardziej na świecie. Podobno też jest legenda mówiąca że jeśli Twoja stopa stanie na amerykańskiej ziemi to już nigdy i nigdzie nie będziesz szczęśliwy. Czy tak było i jest ze mną? Nie wiem, ale wiem że TRZEBA MIEĆ PLAN. Trzeba planować kolejne kroki w swoim życiu. Powtórzę to kolejny raz: trzeba wiedzieć czego się chce.  Ja cały czas nie wiedziałem czego chce, wiedziałem tylko o kasie, ale to zbyt mało żeby zaplanować swoje życie.

czwartek, 16 stycznia 2014

Młodość jest piękna.

Będąc młodymi jesteśmy szczęśliwi, prowadzimyfajne rozrywkowe i pełne beztroski życie, ale jednocześnie jesteśmy niepokorni, ciągle czegoś chcemy, cały czas szukamy i czekamy. Czekamy na dorosłe życie, powtarzamy że jak skończymy szkołę, jak osiągniemy pełnoletność to już nikt nam nie będzie mówił co mamy robić, żadnych morałów i wykładów o lekkomyślności. Kończymy szkołę z głową przepełnioną pomysłami, jesteśmy gotowi żeby rzucić cały świat na kolana. Przecież to ja, najmądrzejszy, najwspanialszy i tak bardzo błyskotliwy facet. Najwspanialszy gość jakiemu było dane stąpać po ziemi.
Myślałem podobnie. Skończyłem szkołę. Uff, wreszcie, będę panem swego życia, będę zarabiał, będzie pięknie. Minęły wakację... i co dalej. Studia? Hm, po co, przecież ja wszystko wiem, czego mogą mnie jeszcze nauczyć – niczego, nie będę więc tracił czasu. Świat czeka na mnie.
Nic bardziej mylnego, trzeba było studiować, uczyć się, uczyć się ile tylko sił w głowie i przy okazji dostać papierek zwany dyplomem. Ale o tym że bez tego świstka papieru życie jest trudniejsze, miałem się przekonać dopiero później, dużo później. Jeśli miałbym przeżywać swoje życie jeszcze raz na pewno skończyłbym studia. Zawsze fascynowało mnie prawo. To jak wiele można zdziałać i jak wielu nieprzyjemności można uniknąć znając biegle prawo. Coć z drugiej strony pewnie gdybym podjął decyzję o dalszym kształceniu się, popłynąłbym z prądem jak wszyscy, no może nie wszyscy, jak większość naszej populacji: dzieciństwo, jedna szkoła, druga szkoła, studia i spokojna posada o której wspomniałem już wcześniej. Ja wybrałem tę cięższą, trudniejszą drogę. Wybrałem uniwersytet życia, większość to zajęcia praktyczne, mało wykładów, a nie przyswojenie wiedzy skutkowało oblaniem kolejnego egzaminu, kosztowało, innymi słowy: człowiek uczy się na swoich błędach.
Zamiast dalej siedzieć na garnuszku rodziców i wieść beztroskie, imprezowe życie, zacząłem szukać pracy. Ta pierwsza była po znajomości i dupy nie urywała, zarabiałem marne grosze, ale też się nie przepracowywałem. Był to mój pierwszy kontakt z handlem, ten kierunek zgłębiałem i zgłębiam przez całe życie, fascynuje mnie to, ale im dłużej w tym siedzę tym mocniej zdaję sobie sprawę, że jeszcze daleko mi do profesjonalnego salesman’a.
To co wtedy zarabiałem wystarczało na drobne przyjemności, na zwyczajne życie tym bardziej że cały czas miałem gdzie mieszkać, u rodziców. Ale z perspektywy lat przyznaję że, byłem beznadziejny w tym co robiłem, więć i mało zarabiałem.
Po pewnym czasie, mój szef widząc mój ówczesny brak podstawowej wiedzy na temat handlu, obsługi Klienta i brak chęci do okręcania sobie Klientów wokół palca, dał mi „awans”. Owszem zarabiałem trochę więcej, choć jakby spojrzeć na to z innej, tej pozytywnej strony, po chyba dwóch miesiącach zabiałem aż 30% więcej. Takie podwyżki nie trafiają się często, trzeba je szanować. Ja nie uszanowałem. 1/3 więcej od mało to dalej jest mało, a do tego moje nowe obowiązki zabijały mnie, robiłem to czego zawsze chciałem uniknąć, pracowałem w magazynie. Zimno, brudno i niebezpiecznie, a do tego za psie pieniądze. Trzeba było się uczyć, myślałem, ale powrót do edukacji po przerwie jest o wiele trudniejszy niż tak z biegu, zaraz po skończeniu szkoły średniej.
Życie zawsze było mi przychylne, zawsze miałem dużo szczęścia. Po miesiącu od „awansu” odebrałem fajny telefon:
- Cześć, szukasz pracy? Potrzebuję barmana...
Nie pytałem za ile, miałem kierunkowe wykształcenie, no prawie. Daleko było mi nawet do podrzędnego barmana, ale chciałem tylko wyrwać się z tego zatęchłego magazynu. Jestem zawzięty i zawsze byłem konsekwentny,  wiedziałem że dopóki nie mam nic nowego, nie mogę sobie pozwolić na rzucenie pracy, choć miałem na to chęć każdego dnia. Zmiana nadeszła sama, kolejne życiowe wyzwanie, kolejna szansa już czekała na mnie.
Już po tygodniu stałem za barem w pachnącej białej koszuli. To było coś. Jaka zmiana. Wyskoczyłem z brudnego drelicha i przyodziałem biały kołnierzyk. Pracowałem siedem dni w tygodni. Pracę zaczynałem około godziny czwartej po południu i do nocy. Było fajnie. Muzyka, drinki, zgiełk i ludzie. Kochałem tę pracę. Każdy kolejny dzień był imprezą, trzeba było uwijać się, Klienci czekali. Z każdym trzeba było zamienić kilka słów, wskazane było uśmiechać się do pięknych pań, ale to kochałem jeszcze bardziej. Uśmiech, mały firt i odwzajemniały się tym samym. Co było potem...? Niepowiem.
Poznałem masę fajnych ludzi, wszyscy młodzi, zakręceni i pokręceni. Z każdym miałem o czym porozmawiać, wiedziałem kto co pije. Wiedziałem komu można dać „na krechę” i jaką muzykę włączyć, dla której damy. Dobrze żyłem z szefostwem.

Klientów przybywało, było wesoło, było głośno, było imprezowo. Najlepsze były weekend’y. Imprezy trwały no może nie do białego rana, ale jak długo wytrzymywali małolaci. Ja nie byłem od nich wiele starszy. Miałem wtedy z 19 lat, no może 20. Moja dziewczyna, praca, mój samochód i kulturystyka to było moje życie. Było mi dobrze, ale czułem że to wszystko tylko tak na chwilę. Chciałem czegoś więcej, więcej, więcej. Chciałem być kimś, byłem głodny świata, kasy i choćby namiastki władzy. Chciałem kolorowego życia.

niedziela, 12 stycznia 2014


Życie jakie jest każdy wie. Jedna osoba ma spokojne, pełne radości, ktoś inny poukładane bez żadnych fajerwerków, w pełni przewidywalne, a jeszcze ktoś inny burzliwe, zmuszające do ciągłej walki o byt, o szczęście o radość.

Podobno jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, naszym założonym planem życiowym, to tracimy czujność, coś może nam umknąć, czegoś możemy nie zauważyć i stracić to bezpowrotnie. Czy tak jest? Tego chyba nikt nie wie. Ale co w życiu jest najważniejsze? Każdy ma swoje priorytety, każdy odpowie na to pytanie zupełnie inaczej. To co ważne i najważniejsze może też zmieniać się na przestrzeni lat. Dla mnie od zawsze ważna była kasa, status materialny, ale w pewnym momencie wszystko się zmieniło. Fortuna zeszła na dalszy plan, a raczej może powody dla których tak bardzo jej chciałem. To była chwila gdy całe moje życie odwróciło się do góry nogami. To było takie cudowne, takie pozytywne, nic już nie było takie samo. O pieniądzach myślałem zawsze, ale w tamtym momencie chciałem ich (może nawet jeszcze bardziej) z zupełnie innego powodu. Nie z powódek czysto egoistycznych, nie po to by w słoneczny, piękny, letni dzień z odkrytym dachem wybrać się na przejażdżkę wymarzonym czerwonym Ferrari, ubrany w garnitur od Hugo Boss’a, z gustownym, ale nieprzyzwoicie drogim zegarkiem na nadgarstku, nie po to by przykuwać spojrzenia innych i widzieć w ich oczach zapytanie; kto to? Powód był już zupełnie inny. Myślałem o kimś, kto stał się dla mnie wszystkim, o kimś dla kogo na zawsze będę i o tym wszystkim co będę musiał dla tej osoby robić, nie z przymusu, ale dlatego że chcę. Z miłości, bezwarunkowej miłości.


 Kasa zeszła na dalszy plan, konik się pojawił, a kino miało się dopiero rozpocząć.  

sobota, 11 stycznia 2014

Kino Kasa Konik
Dlaczego właśnie taka nazwa? Proste. Każdy z nas w życiu ma swoiste kino, dla jednych to telenowela z ciągłymi zmianami wątku, zwrotami akcji, dla kogoś innego melodramat, ciągłe oczekiwanie na tę jedna jedyna połówkę na którą czeka się całe życie, rozstania, powroty, smutek i chwile uniesienia, romantyzm i nieodzowny seks. Komuś innemu (i im można pozazdrościć) każdy jeden dzień przynosi kolejne wyzwanie, kolejną część przygód agenta 007. Smutni są tylko Ci dla których poranne przebudzenie przynosi dramat, no chyba że to lubią, a radośni (niech takimi pozostaną) są komedianci, ciągłe gagi, wesołe chwile i śmiech, ale do tego trzeba byś stworzonym, mieć w sobie pewien dar, dzięki któremu nie martwisz się co było wczoraj, co jest dziś i co będzie jutro. Nie przejmujesz się za co zapłacić kolejny rachunek, czy druga osoba z którą żyjesz jest szczęśliwa, czy wszystko wokół Ciebie jest OK. Carpe diem i jesteś szczęśliwy w swojej wiecznej komedii. Idealnie byłoby połączyć te wszystkie rodzaje czy gatunki (nazywajmy to jak chcemy) i wieść superfajne życie. Na pewno jest wiele więcej odmian życiowego kina, na pewno są pomieszane gatunki, na pewno ktoś się ze mną nie zgodzi, bo wszystko zakwalifikowałem jako białe lub czarne. Ale czym byłoby życie jeśli każdy miałby rację we wszystkim co mówi, co pisze i co robi.

Każdy (nawet jeśli o tym głośno nie mówi) to myśli i marzy o kasie, większej czy mniejszej, ale o kasie. Czasami to kilka groszy które wpadają nagle i dają możliwość kupienia kolejnej przyjemności, następnego gadżetu czy nowego ciucha, sprawienie komuś prezentu, a może naprawienie małej dziury w budżecie. Ale to przecież te małe rzeczy tworzą radość, to z nich składa się pełen obraz naszego szczęścia. Ktoś inny marzy o dobrej i pewnej posadzie z bogatym przelewem każdego miesiąca czy tygodnia. Wtedy liczy się stabilizacja, wakacje na złotym piasku i nad błękitnym morzem, dobre auto w garażu i ładny dom. Nie warto nawet wspominać o ciuchach z prawdziwą metką, butach zrobionych przez włoskich specjalistów, czy zegarku z rodem ze Szwajcarii, to wszystko obowiązkowe pozycje listy. Ale najciekawszym przypadkiem, a może raczej przypadkami są osoby marzące o prawdziwej fortunie, życiu w świadomości że nie muszę pytać o cenę – „i tak mnie stać”. Myśleliście kiedyś jak to jest? No właśnie. Co można robić z takimi pieniędzmi? Można żyć ponad stan, można się bawić, mocno bawić, można dalej ciężko pracować i zatracać się w tym wszystkim, licząc tylko kolejne zera na koncie, albo tez stać się kimś mocno wartościowym, chcącym dawać innym, tym potrzebującym, ale tylko dobrym ludziom i jednocześnie mając swój wysoki status życiowy. Widzieliście film American gangster? Miał wszystko, ale pamiętał tez o biednych, nauczył się tego i kontynuował zwyczaje. Smucą mnie przypadki kiedy dobrzy ludzie, ciężko pracujący, oszczędzający, dalecy od nałogów, mimo swoich ciągłych starań mają wciąż za mało. Czasem zbyt mało żeby dać swoim dzieciom.
Jak to zrobić, jak zarobić prawdziwe pieniądze, jak zrobić aby mieć i pieniądze i czas, który jest tak bardzo ulotny i bezpowrotny. A może wygrać na loterii? Hmm, podobno większość szczęśliwców wygrywających miliony, potrzebowało około 2 lat na powrót do punktu wyjścia. Nie byli przygotowani na prawdziwe i duże pieniądze. A Ty jesteś gotowy na 1.000.000 dolarów?

Konik. Kto nie ma konika w swoim życiu? Każdy go ma, jeden zwariował na punkcie swojego hobby, sportu czy pracy. Konikiem kogoś innego są dom, dzieci, rodzina, a  jeszcze inny… no właśnie co jest Twoim konikiem? Mam nadzieję że należysz to jest nielicznej grupy szczęśliwych ludzi którzy robią to co kochają i mają z tego dobre pieniądze i dobre dostatnie życie. Ale jak to zrobić? Jest wiele sposobów, najlepiej spytaj samego siebie co lubisz robić i to rób. Ważni też są rodzice i ich wkład w przyszłe szczęśliwe życie dziecka. Jeśli potrafią podsunąć dziecku różne możliwości drogi życiowej, wyłonić w jego młodym wieku te właściwą dla niego, tę którą się zainteresuje, do której ma predyspozycje i konsekwentnie wraz ze swoim dzieckiem nią podążać, to jest to skarb, skarb który zaprocentuje. Warto mieć konika, takiego prawdziwego, nie siedzenie przed Facebook’iem czy imprezowanie.

Wszystko to ze sobą się wiąże, wszystko tworzy całość, jedno nawiązuje do drugiego, drugie do trzeciego i zostają jedynie drobiazgi i szczegóły które koniecznie trzeba dopieścić, bo diabeł tkwi w szczegółach.  Jeśli masz w życiu kino, kasę i konika to jesteś pewnie szczęśliwy.


Wiesz już o czym będzie?