Dzień wylotu zbliżał się. Z moją kobietą żegnaliśmy się
czule każdego dnia. Chciałem nabrać na zapas jej ciepła. Wiedziałem że będzie
mi bardzo jej brakowało, jej ciała, seksu z nią. Uwielbiałem z nią przebywać,
więc raczej nie liczyłem na romanse i przelotne związki, oparte na szybkich
numerkach. Za takimi nigdy nie
przepadałem. Pewnie, zdarzały się, ale zawsze wolałem długi seks, czuły i ostry
na przemian. Kochałem gdy kobieta
inicjowała zbliżenia, gdy nie wiedziałem co dziś wymyśliła, na co ma chęć i
jaka fantazja erotyczna ją opętała, a ta z którą byłem robiła to wszystko. Po
co więc szukać, skoro miałem wszystko pod nosem. Kochaliśmy się. Pieprzyliśmy
się, czasem na zmianę było ostre rżnięcie i czuły seks i tak codziennie. Potem
się przytulaliśmy i całowaliśmy. Nasze ciała były zaspokojone, mimo że jeszcze
byliśmy obok siebie, to już za sobą tęskniliśmy. Pożegnania nadszedł czas, były łzy, było wzruszenie,
obietnice i zapewnienia z obu stron. Obiecała że poczeka na mnie. Jak się potem
okazało, czekała, od wszystkich moich znajomych dowiedziałem się że naprawdę
czekała, że była „grzeczna”.

Kupując bilet dostałem zaproszenie do Bussiness Clubu na lotnisku.
Nie było to nic innego jak opłacony wstęp do prywatnego baru z dostępem do nieograniczonych
ilości trunków. Zabrawszy z barku butelkę dobrej szkockiej, rozsiadłem się na
skórzanej kanapie. Wypiłem kilka małych drinków i kawę. Przydało się. Od dawna
nie latałem samolotem, więc czułem lekki niepokój. Jakby nie było nie
codziennie człowiek spędza 10 godzin w metalowej rurze na wysokości kilku
tysięcy stóp, pędząc tysiąc kilometrów na godzinę. Procenty nieco mnie
uspokoiły. Na pokładzie samolotu, lekko się zrelaksowałem, tylko te kilka
godzin spędzonych nad oceanem, dzieliły mnie od widoku wielkiej metropoli. Po
skompletowaniu pasażerów i zamknięciu drzwi samolotu, poczułem że rozpoczyna się
procedura startu. Start jak zawsze jest fascynujący. Kołowanie do pasa
startowego, kiedy czuć ogromną masę niesioną na kołach odrzutowca, wszędobylski
hałas i nagle stop. Jesteśmy na pasie startowym, czekamy na pozwolenie na
start. Chwilowy niepokój wrócił. Huk silników,
wbijające w fotel przyspieszenie i nagłe poczucie lekkości. Oderwaliśmy się od
ziemi, można odpiąć pasy, lecimy ku nowej przygodzie. Sam lot tak naprawdę nie
jest ani przyjemny, ani nieprzyjemny, po prostu rodzaj sposobu przemieszczania
się. Wiele osób panicznie boi się latać, a to wg statystyk przecież
najbezpieczniejszy środek transportu. Więcej ludzi ginie na drogach niż w
powietrzu.
Lecąc odliczałem godziny do lądowanie. Nie mogłem się doczekać,widoku
ziemi obiecanej. Z lotniska mieli mnie odebrać bardzo dobrzy znajomi, taka prawie
rodzina. I to z nimi miałem pojechać do mojej rodziny z którą planowałem
spędzić ten cały czas.Wiedziałem że nawet jeśli nie znajdę szybko pracy to i
tak nie będzie tak źle, będę miał przecież gdzie mieszkać, a i „głodny” pewnie
też nie będę,taka perspektywa bardzo mnie uspokajała. Wylądowaliśmy. Już na
pierwszy rzut oka, wszystko było zupełnie inne niż w Europie, wszystko było
większe, ludzie obsługujący nasz samolot jacyś inni, weselsi, uśmiechnięci. Wylatując
z kraju w październiku byłem ubrany w ciepłą zimową kurtkę, a za oknami samolotu
widok pełni lata i krótkich rękawków. Nie cierpię zimy, więc już mi się podobało.
Odprawa celna i paszportowa przebiegły bez problemów.
Na lotnisku czekały na mnie znajome twarze, miło było ich
zobaczyć, tym bardziej że ostatni kontakt mieliśmy dość dawno. Zapakowaliśmy
się do samochodu. Podróż z lotniska JFK do samego NYC trwała prawie tyle ile
dojazd w Polsce z miasta do miasta. Mimo że jechałem z ludźmi którzy od wielu
lat mieszkali w stanach, to i tak się zgubiliśmy. Ale to duże miasto, o fuck,
jak ja się tu odnajdę. Dotarliśmy do Brooklyn’u, tam właśnie miałem mieszkać. Miałem
się stać „boy from Brooklyn”. Weszliśmy do mieszkania, przywitaliśmy się. Co
teraz, jak to będzie. W głowie miałem tyle pytań do życia i do samego siebie.